Mity o chrześcijaństwie: 1. Chrześcijaństwo umiera.

Skutkiem ubocznym wiadomości o prześladowaniach chrześcijan na Bliskim Wschodzie jest konfrontacja mitów o chrześcijaństwie. Dodam, zakorzenionych dość mocno w świadomości przeciętnego przedstawiciela zachodniej cywilizacji, nominalnego członka swego kościoła. Postaram się w kilku postach z nimi rozprawić.

Oto one:


1. Chrześcijaństwo umiera.

Nic bardziej błędnego. Chrześcijaństwo rozwijało się w XX wieku najdynamiczniej w swej historii - oczywiście, w perspektywie globalnej, nie europejskiej. I lepiej niż Islam.

Po pierwsze, chrześcijaństwo zdobyło Czarną Afrykę. Na początku wieku XX w Afryce subsaharyjskiej chrześcijanie stanowili nie więcej niż 5%. Na początku wieku XXI stanowią w tym samym rejonie ponad 50% populacji. Choć Islam również w ten rejon wchodzi – najagresywniej w północnej Nigerii – to nie ma się co równać z chrześcijaństwem jeśli chodzi o obecny wpływ i XX wieczne „zdobycze.”

Po drugie, Chiny i Korea. W Chinach być chrześcijaninem oznacza mieć nadzieję i sens życia; chrześcijaństwo jest religią, która przeżywa obecnie w tym kraju wielki boom, zarówno w kościołach oficjalnych, które pozostają w relacjach z władzami, jak i pozostających ciągle w podziemiu (powstałych w czasach, gdy rząd kościół niszczył i dalej mających dużą do władz rezerwę). Chrześcijaństwo koresponduje bardzo dobrze z z etyką konfucjańską, która podkreśla rolę pracy i rodziny, jednocześnie dając Chińczykom Boga i Zbawiciela, którego w ich kulturze nie było.

Warto dodać, że Chińczycy żyją ideą „powrotu do Jerozolimy”. To wielka wizja misyjna, która zakłada przejście misjonarzy z Chin z Chin do Jerozolimy – czyli poprzez tereny od wieków muzułmańskie. Przejście, owocujące nowymi kościołami. Projekt, który już się zaczął.

Jeśli chodzi o Koreę, przed II wojną światową chrześcijan było tam maksymalnie kilka procent. Dziś jest ich ponad połowa. To w Korei znajduje się największy zbór protestancki – pastora Yonggi Cho – mający ponad 600 tys, członków. To Korea obecnie jest największym krajem wysyłającym misjonarzy poza swoje granice, pozostawiając za sobą – co oczywiste – nie tylko Europę, ale i Stany, które od przynajmniej stulecia wiodły tutaj prym. Jak pisze znany misjolog Philip Jenkins, „nie byłoby łatwo przekonać wspólnoty w Seulu czy Nairobi, że chrześcijaństwo lub też >tradycyjna wiara< umiera, kiedy ich głównym zmartwieniem jest zbudowanie miejsca modlitwy wystarczająco dużego do pomieszczenia dziesięciu czy dwudziestu tysięcy członków, których pozyskano w ostatnich latach. Tymi konwertytami zaś są w zdecydowanej większości nastolatki i młodzi dorośli, żadną miara siwiejący reakcjoniści” (Chrześcijaństwo przyszłości, 37).

Po trzecie, Ameryka Łacińska. Wielkie ożywienie ewangelikalne sprawiło, że chrześcijaństwo przeniknęło do mas, które wcześniej były jedynie nominalnie chrześcijańskie. Tradycyjno-katolickie (bo jest i już nie tradycyjne-katolickie) było głównie siła polityczną, konserwującą stan wielkich rozdźwięków społecznych. Dziś chrześcijańskie zbory pojawiają się w najgorszych dzielnicach, jak i pośród klasy średniej; staje się faktycznie religią wyznawaną i praktykowaną.

W „Powrocie Boga” Micklethwait i Wooldridge, redaktor naczelny The Economist i jego felietonista, zainteresowani wiarą nie osobiście (pozostają agnostykami) lecz z perspektywy jej społecznej siły, tymi słowy oddają to, co dzieje się obecnie na świecie: „Nawet jeśli liczba prawdziwych wierzących jest zawyżona, przynajmniej przez samych wierzących, to jest jasne, przynajmniej dla nas, że Bóg wrócił” (s. 39). Wcześniej cytują Petera Bergera, który wyznaje: „Popełniliśmy kardynalny błąd. Myśleliśmy, że istnieje związek między modernizacją i sekularyzacją. W rzeczywistości istnieje on między modernizacją i pluralizmem” (s. 5).

To oznacza, że jedynie religia niezdolna do funkcjonowania w pluralistycznej rzeczywistości skazana jest na wymarcie. Ale chrześcijaństwo takie być nie musi. I nigdy w swej szczytowej formie takie nie było. Podbiło Imperium Rzymskie nie jako religia państwowa, ale prześladowana. Decyzja Konstantyna wzięła się z rachunku korzyści, nie misyjnego zapału. Podobnie z Europą: nawrócenia władców i ludów germańskich i słowiańskich, czy skandynawskich, nie były przecież owocem stosowania argumentu siły.

Chrześcijaństwo jedynie w obecnej wersji tradycyjnie europejskiej, a więc właśnie jako wiara zapewniona przez mających kontrolę, władzę świecką, nie potrafi poradzić sobie na wolnym rynku wiary. Może i dobrze? To przecież pozbawia ją jej największej siły: płynącego z serca, pełnego wdzięczności za zbawienie oddania Chrystusowi. Owo powiązanie religii z władzą, jak wspominani Micklethwait i Wooldridge przekonują, to trend, który będzie zanikał:

„może po raz pierwszy, od kiedy zaświtała era nowoczesności, wydaje się, że świat ruszył w amerykańskim, a nie europejskim, kierunku. Amerykański model religii, który opiera się raczej na wyborze niż odgórnym zarządzeniu, zwycięża” (s. 37).

Oraz:

„Sprytny kompromis, który wymyślili w stosunku do religii Ojcowie Założyciele, nie tylko pozwala Bogu przetrwać i rozkwitać w Ameryce, lecz także podaje sposób, jak żyć z religią – sprawia, że rozmaite wyznania mogą ze sobą współistnieć”, a stało się tak poprzez „pozbycie się kościoła państwowego” (s. 39).

Podobnie wpływ Ameryki widzi historyk, Mark A. Noll, który w swym studium poświęconym wpływowi Ameryki na światowe chrześcijaństwo dochodzi do wniosku, że Ameryka skutecznie „eksportowała” właśnie wypracowany w niej model kościoła, który łatwo adaptuje się do wszelkich sytuacji politycznych.

Swoją drogą, Ameryka przekonuje również, że nowoczesność i religijność doskonale się uzupełniają. Przeczy to typowo europocentrycznemu przekonaniu, że się wykluczają. To przekonuje, że chrześcijaństwo może się odrodzić również w Europie – jednak w swej „uwolnorynkowionej” wersji różnorodnych wyznań i propozycji liturgicznych. To się zresztą już dzieje, wraz z ruchami migracyjnymi, poprzez które napływa do niej coraz więcej chrześcijan z Afryki, czy Ameryki Łacińskiej.

Podsumowując: chrześcijaństwo się rozwija. Silniej, niż islam. Ma się dobrze, choć w prześladowaniach i zmaganiach, które jednak wcale nie pozbawiają go siły, a przeciwnie: wzmacniają. Naśladowanie Chrystusa, nadzieja przebaczenia grzechów i dostępnej siły Jego zmartwychwstania okazuje się znacznie bardziej przekonująca i inspirująca, niż wezwanie „Obey” (bądź posłuszny) Islamu. Wezwanie, które na pewno przekonuje część młodych, zmuszanych do bezpłciowości przez polityczną poprawność europejskich mężczyzn, ale które nie przekona oddanych chrześcijan, którzy ofiarnie angażują się w budowanie Królestwa Chrystusa; które uczy o sile przemienionego przez łaskę Bożą zwykłego życia i Bożym błogosławieństwie, który za nim idzie.
Trwa ładowanie komentarzy...