Mity o chrześcijaństwie: 2. Chrześcijaństwo to zachód.

To oczywista nieprawda. I to o tyle ciekawa, że prawdopodobnie nigdy tak nie było. Jej popularność wynika z naturalnego, ale niczym nie uzasadnionego skupienia Europejczyków na sobie i uznawania własnej perspektywy za jedyną słuszną. To błąd utrwalany bezwiednie nawet przez mapy, jakimi się posługujemy:

„Obiegowy obraz początków chrześcijaństwa we wszystkich chyba popularnonaukowych książkach historycznych i telewizyjnych filmach dokumentalnych przedstawia mapę świata śródziemnomorskiego i Europy, z Jerozolimą usytuowaną na jej wschodnich obrzeżach. Chrześcijaństwo wyrasta ze swych korzeni w Palestynie, rozprzestrzenia się w Azji Mniejszej i Grecji i ostatecznie dociera do Italii, która jest w centrum mapy – i prawdopodobnie w centrum świata” (Chrześcijaństwo przyszłości, s. 46).



Jenkins komentuje: „popularnonaukowe historie są zawsze uproszczone, ale w tym wypadku nieścisłości są poważne. Żeby wyobrazić sobie wczesną historię chrześcijaństwa lepiej byłoby, gdybyśmy użyli zwykłej mapy świata, która posługiwano się w średniowieczu. W tych starszych obrazach ówcześnie znane kontynenty – Europa, Afryka, Azja – pojawiają się jako mniej więcej jednakowej wielkości płaty dołączone do centrum, które stanowiła Palestyna z Jerozolimą umieszczoną w środku” (47). Z perspektywy faktycznej ekspansji chrześcijaństwa, jest to mapa prawdziwa, bowiem rozprzestrzeniało się ono zarówno do Afryki, Azji, jak i Europy. Patrząc na historię tej ostatniej, a szczególnie konkwistę muzułmańską w VIII wieku i rekonkwistę, która zakończyła się zburzeniem Grenady w 1492 r. (czyli: siedem wieków!), po której wschód Europy doświadczył najazdu Imperium Ottomańskiego, trzeba uczciwie przyznać, iż „chrześcijańskość” Europy nigdy nie była oczywista, czy łatwa. Tak samo muzułmańskość Afryki Północnej. Do XV wieku więcej chrześcijan było poddanymi muzułmańskich władców, niż było ich w chrześcijańskich królestwach Europy! Do dziś zresztą pozostają – obecnie niektóre szczególnie mocno prześladowane w całej swej historii – na tych terenach mniejszości chrześcijańskie. Nie mówiąc o Etiopii, która była chrześcijańskim królestwem do XX wieku, czy Sudanie, który pozostawał chrześcijańskim królestwem do wieku XV. W końcu, najbardziej rozwiniętym ośrodkiem chrześcijaństwa przez wieki był prawosławny Konstantynopol, a nie Rzym. Ekspansja prawosławnej Rosji na wschód była również powiązana z rozwojem wpływów tego Kościoła.

Należy również pamiętać, że najstarszym państwowym kościołem chrześcijańskim nie jest Rzym (312r.), a Armenia (300r.). Misje nestoriańskie docierały do Indii i Chin – być może obecnie, wobec silnego lokalnego chrześcijaństwa, dowiemy się więcej o starożytnej bytności chrześcijan w tej części świata.

Podsumowując: nigdy nie było tak, że centrum świata chrześcijańskiego była (Zachodnia) Europa. To chybiona perspektywa, wynikająca z naszego zapatrzenia w siebie. Faktem jest, że pomiędzy XV a XVIII wiekiem chrześcijaństwo europejskie rozwijało się dość dynamicznie i w perspektywie nowych horyzontów dokonywało wysiłku misyjnego. Ale jego apogeum był wiek XIX, w którym ową palmę pierwszeństwa przejęła już Ameryka Północna. Po ponad 100 latach i ten etap już się kończy. Obecnie misjolodzy mówią o misji „zewsząd wszędzie”: działania misyjne nie mają jakiegoś jednego centralnego ośrodka. Ważniejszymi centrami tradycyjnymi pozostają Ameryka i Europa, ale równie istotne są Brazylia, Korea, czy Nigeria (z której pochodzi np. John Godson).

Chrześcijaństwo staje się religią bardzo dziwnych ludów. Przenika się oczywiście z ich kulturą – podobnie, jak przenikało się z kulturą ludów europejskich. Jest inne niż chrześcijaństwo, jakie znamy. Ale czy gorsze?
Nie sądzę. Mniej wyedukowane, zapewne. Mniej świadome swego powiązania z trendami myślowymi działającymi poza nim – na pewno. Czy jednak mniej dynamiczne, zdecydowane, ufne, jednoznaczne, konkretne? Zdecydowanie nie. Afrykańczycy traktują chrześcijaństwo fundamentalnie – i to właśnie, a nie brak ich wiary, czasem przeraża zeświecczonych i nie traktujących poważnie swej religii Europejczyków. Przykładem mogą być problemy w łonie anglikanizmu, który w Wielkiej Brytanii w większości całkowicie zliberalniał, w mało w co wierzy a w sferze etyki godzi się na wszystko, który jednak w Afryce rośnie w siłę, a jednocześnie jest konserwatywny i zasadniczy w kwestii podstawowych doktryn i zasad.

Byłem zresztą w Afryce i widziałem małe chrześcijańskie (protestanckie, ale o tym w oddzielnym wpisie) zbory, w biednych dzielnicach, które docierają do najsłabszych, dając nadzieję i wyposażając do stanięcia na własne nogi. Podobnie jest w fawelach Ameryki Łacińskiej, czy wielkich miastach Indii.

Oto pieśń z Malawi, która pokazuje zarówno realia życia jak i wiary. Wiary, która dając siłę i nadzieję zmienia ich życie 100x mocniej niż wszelkie odgórne, nieskuteczne programy pomocy oferowane przez tak naprawdę obojętny, Zachodni świat:



Mówiąc o przyszłości, i to tej, która już się właśnie rozpoczyna, chrześcijaństwo staje się „religią Południa.” Chodzi o świat. Jenkins oblicza, że „Nawet jeśli chrześcijanie jedynie utrzymają swój obecny udział w religijnej populacji takich krajów jak Nigeria i Kenia, Meksyk i Etiopia, Brazylia i Filipiny, to wkrótce będzie kilkaset milionów chrześcijan więcej tylko z tych narodów” (s. 24). I dalej: „W 1950 roku na liście przodujących w świecie krajów chrześcijańskich figurowały Wielka Brytania, Francja, Hiszpania i Włochy, ale żadna z tych nazw nie znajdzie się na podobnej liście w roku 2050. W 1900 roku Europa była domem dla 2/3 światowej populacji chrześcijan. Dziś liczba ta stanowi mniej niż ¼, a do 2025 roku spadnie poniżej 20%” (tamże). Podsumowując, „Wkrótce wyrażenie 'biały chrześcijanin' może brzmieć jak kuroizalny oksymoron, wywołujący lekkie zdziwienie, tak jak 'szwedzki buddysta'. Tacy ludzie istnieją, ale jest w tym pewna ekscentryczność” (tamże, 25).
Trwa ładowanie komentarzy...