Islam jest religią powszechną. Nie dotyczy, jak judaizm, jednego narodu, ale ma, jak chrześcijaństwo, aspiracje do bycia powszechnym systemem istnienia.
Trójjedyny, chrześcijański Bóg jest jeden w różnorodności trzech Osób; ściśle monoteistyczny „Bóg” Islamu jest wyłącznie jeden, wymagający całkowitego posłuszeństwa. Owa trójjedyność Boga sprawia, że różnorodność nie koniecznie jest czymś złym. Przeciwnie, jest podstawą aby docenić różnice i w nich również dostrzec chwałę Bożą – zarówno w różnorodności narodów, jak kościołów i tradycji (zachodnie chrześcijaństwo, podkreślając za Augustynem raczej jedność niż troistość, ma z tym niejaki problem. Chrześcijaństwo prawosławne, podkreślając raczej troistość, od samego początku funkcjonuje jako wspólnota równych kościołów, z jedynie honorowym prymatem patriarchy Konstantynopola. Patrząc na teologiczny ideał, powinno być tak, iż „jedność i troistość powinny być równie ostateczne” w naszych ludzkich konstruktach, bowiem są „równie ostateczne” w Bogu).
Cóż więc można powiedzieć o islamie i chrześcijaństwie?
Po pierwsze, chrześcijaństwo rozwija się skuteczniej. Mówią o tym statystyki. Najszybciej rozwija się subsaharyjska Afryka, Indie i Chiny. We wszystkich tych regionach przewagę posiada chrześcijaństwo. I jest na tyle zdecydowane, że potrafi walczyć o swoje.
Po drugie, strategia chrześcijaństwa wydaje się znacznie skuteczniejsza. Islam dąży do unifikacji, jednorodności. Nie ma zbyt wielu opcji. Symptomem tego jest niechęć do tłumaczeń Koranu. W przeciwieństwie, chrześcijaństwo podkreśla znaczenie dostępności dla każdego narodu Słowa Bożego (Biblii) w „języku serca” i prowadzi szeroko zakrojone prace translatorskie z nawet najmniejszymi plemionami. Micklethwait i Wooldridge komentują, że „bitwę na księgi” wygrywają chrześcijanie.
Po trzecie, islam to problem zeświecczonej Europy, nie chrześcijan. I to właśnie z tą Europą jest problem; to ona moim zdaniem musi się zmienić lub zginąć, bo po prostu jest słaba. A jest słaba, bo kultura, która nie potrafi bronić sama siebie, za którą nikt nie chce ginąć, musi ulec tym, którzy są bardziej ofiarni i zdeterminowani. Alternatywą dla Europy nie jest chowanie głowy w piasek i udawanie, że zabijający na ulicy nożownicy (tacy, jak kilka miesięcy temu w Londynie) tylko incydentalnie są muzułmanami. Czy też, że faktyczne wprowadzenie prawa szariatu w niektórych dzielnicach europejskich stolic nie jest problemem. Powiedzmy sobie wprost: państwo, które się poddaje, już przegrało. Ten, kto się boi, w końcu albo zginie, albo będzie służył temu, kto ma odwagę i rośnie w siłę.
Świat się zmienia. Zmienia się jego charakter. To, co wydawało się zwieńczeniem historii, okazuje się po prostu schyłkową słabością kolejnej cywilizacji. Wygodna, rozleniwiona i rozkapryszona Europa, wydelikacona i wypielęgnowana, się kończy. Europa albo nawróci się na chrześcijaństwo, i to tak, że będziemy potrafili ginąć za wiarę, albo podda się terrorowi, który zbuduje w niej na krwi niechętnych nowy kalifat.
W wojnie pomiędzy islamem a światem stroną nie jest jednak jedynie zeświecczona Europa, ale i powstające „Chrześcijaństwo Południa”, o którym pisałem. I o ile w przypadku Europy, faktycznie, jest w defensywie, to nie można tego samego powiedzieć o nowym, globalnym chrześcijaństwie
