Mity o chrześcijaństwie: 4. Islam zwycięża.

Skutkiem ubocznym wiadomości o prześladowaniach chrześcijan na Bliskim Wschodzie jest konfrontacja mitów o chrześcijaństwie. Dodam, zakorzenionych dość mocno w świadomości przeciętnego przedstawiciela zachodniej cywilizacji, nominalnego członka swego kościoła. Oto czwarty mit, z którym postaram się dzisiaj rozprawić.

Islam zwycięża.

Islam jest religią powszechną. Nie dotyczy, jak judaizm, jednego narodu, ale ma, jak chrześcijaństwo, aspiracje do bycia powszechnym systemem istnienia.



Trójjedyny, chrześcijański Bóg jest jeden w różnorodności trzech Osób; ściśle monoteistyczny „Bóg” Islamu jest wyłącznie jeden, wymagający całkowitego posłuszeństwa. Owa trójjedyność Boga sprawia, że różnorodność nie koniecznie jest czymś złym. Przeciwnie, jest podstawą aby docenić różnice i w nich również dostrzec chwałę Bożą – zarówno w różnorodności narodów, jak kościołów i tradycji (zachodnie chrześcijaństwo, podkreślając za Augustynem raczej jedność niż troistość, ma z tym niejaki problem. Chrześcijaństwo prawosławne, podkreślając raczej troistość, od samego początku funkcjonuje jako wspólnota równych kościołów, z jedynie honorowym prymatem patriarchy Konstantynopola. Patrząc na teologiczny ideał, powinno być tak, iż „jedność i troistość powinny być równie ostateczne” w naszych ludzkich konstruktach, bowiem są „równie ostateczne” w Bogu).

Cóż więc można powiedzieć o islamie i chrześcijaństwie?

Po pierwsze, chrześcijaństwo rozwija się skuteczniej. Mówią o tym statystyki. Najszybciej rozwija się subsaharyjska Afryka, Indie i Chiny. We wszystkich tych regionach przewagę posiada chrześcijaństwo. I jest na tyle zdecydowane, że potrafi walczyć o swoje.

Po drugie, strategia chrześcijaństwa wydaje się znacznie skuteczniejsza. Islam dąży do unifikacji, jednorodności. Nie ma zbyt wielu opcji. Symptomem tego jest niechęć do tłumaczeń Koranu. W przeciwieństwie, chrześcijaństwo podkreśla znaczenie dostępności dla każdego narodu Słowa Bożego (Biblii) w „języku serca” i prowadzi szeroko zakrojone prace translatorskie z nawet najmniejszymi plemionami. Micklethwait i Wooldridge komentują, że „bitwę na księgi” wygrywają chrześcijanie.

Po trzecie, islam to problem zeświecczonej Europy, nie chrześcijan. I to właśnie z tą Europą jest problem; to ona moim zdaniem musi się zmienić lub zginąć, bo po prostu jest słaba. A jest słaba, bo kultura, która nie potrafi bronić sama siebie, za którą nikt nie chce ginąć, musi ulec tym, którzy są bardziej ofiarni i zdeterminowani. Alternatywą dla Europy nie jest chowanie głowy w piasek i udawanie, że zabijający na ulicy nożownicy (tacy, jak kilka miesięcy temu w Londynie) tylko incydentalnie są muzułmanami. Czy też, że faktyczne wprowadzenie prawa szariatu w niektórych dzielnicach europejskich stolic nie jest problemem. Powiedzmy sobie wprost: państwo, które się poddaje, już przegrało. Ten, kto się boi, w końcu albo zginie, albo będzie służył temu, kto ma odwagę i rośnie w siłę.

Świat się zmienia. Zmienia się jego charakter. To, co wydawało się zwieńczeniem historii, okazuje się po prostu schyłkową słabością kolejnej cywilizacji. Wygodna, rozleniwiona i rozkapryszona Europa, wydelikacona i wypielęgnowana, się kończy. Europa albo nawróci się na chrześcijaństwo, i to tak, że będziemy potrafili ginąć za wiarę, albo podda się terrorowi, który zbuduje w niej na krwi niechętnych nowy kalifat.

W wojnie pomiędzy islamem a światem stroną nie jest jednak jedynie zeświecczona Europa, ale i powstające „Chrześcijaństwo Południa”, o którym pisałem. I o ile w przypadku Europy, faktycznie, jest w defensywie, to nie można tego samego powiedzieć o nowym, globalnym chrześcijaństwie
Trwa ładowanie komentarzy...