O autorze
Chrześcijanin, protestant, baptysta. Mąż jednej żony, ojciec dwójki dzieci. Pastor. Przewodniczący Rady Kościoła Chrześcijan Baptystów w RP bieżącej kadencji. Prorektor Wyższego Baptystycznego Seminarium Teologicznego i doktor teologii; redaktor miesięcznika "Słowo Prawdy". Pragnę widzieć rzeczywistość Bożej zmiany (nazywaną w Biblii Królestwem Bożym) wśród Polaków i na świecie.

Zapraszam również na:
www.baptysci.pl
http://proteologia.wordpress.com/
Twitter: @MateuszWichary

Adwentowe myśli (3): Wierzę, czy wierzymy?

Czas Adwentu to czas zadawania pytań, na które zazwyczaj czasu nie mamy. Dlatego kilka pozwalam sobie zaproponować. Trzecie, to pytanie o wymiar osobisty i społeczny wiary.


Konstantynopolitańsko-nicejskie wyznanie wiary w wersji zachodniej zaczyna się od słowa: „Wierzę”. W wersji wschodniej to „wierzymy”.

Ta mała różnica ma moim zdaniem dość znaczące skutki. Również dla cywilizacji, społeczeństwa, sposobie myślenia o sobie samym.

Mówiąc: „wierzę” czynię wiarę przede wszystkim czymś osobistym. To moja wiara. To ja wybieram, w co wierzę, A wybierając sam, logicznie pozostawiam również podobny wybór innym.

Wiara staje się przede wszystkim powiązana z wartością jednostki. Być człowiekiem, to mieć prawo do własnych przekonań. To szukać ich samemu. To wybierać je - przynajmniej w wersji idealistycznej - odpowiedzialnie.

Oczywiście wierząc niekoniecznie jestem sam. Wokół może być wiele innych osób, które wraz ze mną chórem powtarzają „wierzę”. I tak się często dzieje. Ale w pewnym sensie, każdy to czyni z osobna, za siebie. Chór jest zachętą w składaniu osobistego wyznania wiary, ale tworzy go wielka liczba jednostek, z których każda składa wyznanie sama za siebie.

Świat tego wyznania to świat pluralistyczny i zindywidualizowany. Podkreślający znaczenie każdego poszczególnego człowieka. Każdy wierzy bądź nie wierzy, to jego niezbywalne prawo.

Inaczej ma się sprawa z „wierzymy”

Mówiący „wierzymy” czynię siebie przede wszystkim częścią wspólnoty. I to wcale nie upodmiotowioną. To my wierzymy. My wyznajemy. My oddajemy chwałę. „My” jest ważniejsze niż „ja.” To, co wspólne, jest ważniejsze od tego, co jednostkowe. Zapewne, jednostki istnieją, mają własne przekonania, poglądy, decyzje. Ale one są w cieniu czegoś większego, co wspólnie tworzą. I to coś większego, co wspólnie tworzą jest ważniejsze od tego, czym są z osobna.

„My” wyznacza drogę konkretnej jednostce. „My” definiuje jej znaczenie, funkcję. A przede wszystkim pomniejsza i ogranicza zakres jej własnych wyborów. Bardziej stałe, pewne, mocne jest to, co istnieje w całości niż w każdym z nas z osobna. Skoro każdy z nas wyznaje „wierzymy” to nasza podmiotowość nie ginie. Ale poddaje się prymatowi wspólnotowości.


I co?

Każde z tych ujęć ma swoje wynaturzenie. Z jednej strony, to skrajny indywidualizm. Owocujący wyobcowaniem, zaprzeczeniem istnienie czegokolwiek prócz prawa jednostki do samostanowienia. Lekceważenia rodziny, kościoła. I społeczeństwa. Wręcz: postulujący zło owych struktur, skoro wymuszają one na jednostce jakąś rezygnację ze samostanowienia. Każdy ma prawo być całkowicie tym, kim wybiera. Być może owo „wierzę”, historycznie przynajmniej, jest tłem dla współczesnych genderowych potyczek.

Taki skrajny indywidualizm zaprzecza znaczeniu więzi a przez to pozostawia jednostkę całkowicie bezbronną i samotną. Wyzwolenie staje się rozpaczą i pustką. Bowiem wartości to coś, co z definicji istnieje wyżej od jednostki. Jakaś transcendencja, jakieś coś większe, szersze, ważniejsze, w czym jednostka może się odnaleźć. Indywidualizm to niszczy w imię wolności i podmiotowości każdego i dziwi się, że efektem jest nicość. Ano jest.

Z drugiej strony - „wierzymy” - to totalitaryzm. Zaprzeczenie wartości jednostki. Zatracenie samego siebie. Odnajdywanie siebie wyłącznie w kontekście użyteczności w społeczeństwie (czy grupie); uprzedmiotowienie człowieka. O którego złu nam, na Zachodzie, nie trzeba zbyt wiele mówić.

Kiedy patrzę na cywilizację bizantyńską i zachodnioeuropejską, widzę tego skutki. Jednostka na Wschodzie jest mniej istotna. I na odwrót: to, co wspólne na Zachodzie wzbudza podejrzliwość, że jest jedynie zasłoną dla czyjejś prywaty.

Jak więc „wierzyć”?

Ostatecznie modelem jest trójca. W Bogu jedność i mnogość są równie ostateczne. „Wierzę” i „wierzmy” należy więc zachowywać równie ostatecznie jako właściwe wymiary tego, kim jesteśmy. Nie da rady z któregokolwiek zrezygnować. I ja jestem i my jesteśmy. Jestem kimś sam w sobie, ale nie dowiem się o tym bez więzi, wspólnoty. Która realizuje mnie i bez której mnie w zasadzie nie ma. Ojciec, Syn i Duch nie istnieją z osobna, choć się od siebie różnią.

Kiedy patrzę na Pismo Święte, to preferuje ono jednak jedną z opcji. Balansując ją w jakiś inny sposób, zapewne. Wskazówką jest modlitwa, której nauczył swych uczniów Jezus. Mamy modlić się „Ojcze NASZ”. Nie: „mój”. Tak, wspólnotowość może stać się złem. Można się w niej zatracić. Ale nie sądzę, by nam to obecnie szczególnie groziło. Przeciwnie, myślę, że brak nam docenienia owej jakości, która tworzy się ze wspólnoty. Bo to coś więcej, niż suma. Jezus Chrystus powiedział, że „gdzie dwóch lub trzech spotyka się w Imieniu moim, tam jestem pośród nich obecny”. Nazywa swój Kościół „ciałem”. Docenia wspólnotę. I my czyńmy podobnie.

Zobacz również:
Adwentowe myśli (1): Istnienie Boga
Adwentowe myśli (2): Wiara
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...